81-letni anatom Gunther von Hagens, którego nazwisko stało się synonimem wystawy „Bodies. Worlds” (Body Worlds) i kontrowersyjnej sztuki plastynacji. Zmarł 24 lipca w klinice w Heidelbergu po tym, jak dzień wcześniej doznał krwotoku mózgowego.
Jego śmierć była spełnieniem jego dziwnego, od dawna skrywanego pragnienia: chciał, aby jego ciało zostało poddane obróbce, pocięte i wystawione na pokaz.
Instytut Plastynacji potwierdził tę wiadomość, wyrażając „głęboki smutek”, ale dokładny los szczątków von Hagensa pozostaje niepewny. Założone przez niego w 2006 roku muzeum Plastinarium w Guben w Niemczech obiecało zakonserwowanie jego ciała. Taka była jego wola, ale miejsce, w którym wylądują jego uplastycznione zwłoki, nie zostało jeszcze wybrane.
W przeszłości oferował różne opcje: być może w powitalnej pozie przy wejściu na wystawę, a może pocięty na kawałki i rozrzucony po różnych muzeach. Kto wie. Zmarł, zanim udało mu się ostatecznie rozwiązać tę kwestię.
Początki metody plastynacji
Aby zrozumieć samego człowieka, należy sięgnąć do nauki, którą wymyślił w 1977 roku. Pracując jako pracownik naukowy na Uniwersytecie w Heidelbergu, zajmował się metodami konserwacji okazów biologicznych. W tym czasie wokół ciała wylano plastik. Wydawało mu się to nielogiczne.
Dlaczego nie umieścić plastiku wewnątrz ciała?
To właśnie to pytanie zrodziło plastynację. Proces jest brutalnie skuteczny: ze zwłok usuwane są płyny ustrojowe i rozpuszczalne tłuszcze, a następnie zastępowane żywicami, silikonami lub związkami epoksydowymi. Rezultatem jest sztywny, suchy materiał, który wygląda realistycznie w swoich pozach, ale jest nieodwracalnie martwy.
Dzięki temu ciała mogły stać, grać w szachy, wykonywać czynności seksualne i uprawiać sport. Anatomia stała się spektaklem.
Od protestów w Berlinie Wschodnim po światową sławę
Na początku swojej podróży Von Hagens nie miał filcowych kapeluszy ani skórzanych kamizelek. Urodził się jako Günter Gerhard Liebchen w 1945 roku w tej części współczesnej Polski, która była wówczas pod okupacją hitlerowską. Dzieciństwo spędził w Niemczech Wschodnich.
Wcześnie stał się dysydentem. W 1968 przyłączył się do protestów przeciwko stłumieniu przez Sowietów Praskiej Wiosny. W następnym roku próbował uciec na Zachód. Został złapany, aresztowany i osadzony w więzieniu.
Niemcy Zachodnie zapłaciły 40 000 DM za jego uwolnienie. Po uwolnieniu osiadł na Zachodzie, poślubił Kornelię von Hagens i przyjął jej nazwisko. Podobał mu się ten dźwięk. Być może ze względu na skojarzenia ze szlachtą, które nie mogły nie wpłynąć na osobę, która ostatecznie zaczęła handlować „walutą” zmarłych.
Jego wystawa „Bodies. Worlds” rozpoczęła się w 1995 roku. Objechała cały świat, przyciągając ponad 50 milionów zwiedzających. Krytycy nazwali to wulgarnym i prowokacyjnym. Zwolennicy, zwłaszcza jego druga żona i współkuratorka Angelina Whalley, nazwali to aktem demokratycznym: chcieli przełamać tabu związane ze śmiercią i ludzkim ciałem.
Cienie etyczne i „ciała bez właścicieli”
Moralny aspekt „Tel. Mirov” był zawsze niejasny. Von Hagens nalegał, aby wszystkie ciała zostały przekazane wyłącznie do celów edukacyjnych. Jednakże granica pomiędzy dobrowolnym dawaniem a przymusem często się zacierała.
Z biegiem czasu oskarżenia stawały się coraz ostrzejsze. W 2004 roku magazyn Der Spiegel opublikował dokumenty wskazujące, że jego oddział w Dalian (Chiny) pozyskuje od policji „ciała bez pana”. Niektóre z tych ciał zostały stracone i miały dziury po kulach.
Doniesiono, że von Hagens nakazał następnie personelowi zaprzestanie przyjmowania zwłok straconych. Trudno powiedzieć, czy całkowicie zahamowało to napływ podejrzanych zwłok, ale przyczynił się do tego wizerunek samego von Hagensa. Ubrany jak skrzyżowanie szalonego naukowca i ponurego patologa, podsycał przekonanie, że bardziej interesują go treści szokujące niż nauka.
Ostatnie lata i niewiara w życie pozagrobowe
Choroba Parkinsona skomplikowała jego późniejsze lata. Diagnoza postawiona w 2008 roku osłabiła jego zdolności motoryczne i ograniczyła mowę. Przekazał kontrolę żonie i synowi Rurikowi, wycofując się z codziennej działalności swojego imperium.
Pomimo imponujących pokazów ludzkiego ciała pozostał przekonanym materialistą. Nie widział ducha w samochodzie.
„Każdy martwy człowiek, którego widziałem, pokazał mi, że nie ma duszy” – napisał w 2008 roku.
Przyznał, że czasami, z wiekiem i chorobą, żałował, że nie może zaakceptować idei życia pozagrobowego. Kontinuum. Ale nie mógł. Widział tylko to, co pozostało. A dokładniej, co udało się uratować.
Teraz on sam staje się częścią tej wystawy. Jego ciało zostanie uplastycznione. Czas pokaże, czy powita gości, czy też położy się w cichych kawałkach w kącie Plastinarium. Zawsze chciał, żeby na niego patrzyno. Wreszcie to się stanie. Na zawsze.
Tutaj kończy się wystawa, ale zaczyna się ekspozycja.
























