Wszystko zaczęło się od trzystu osób.
Taka była frekwencja na pierwszym San Diego Comic-Con w marcu 1970 roku. Organizatorom nie zależało na budowie globalnego imperium medialnego. Byli po prostu grupą młodych, jąkających się fanów, którzy chcieli miejsca do wspólnego kupowania, sprzedawania i omawiania komiksów. Aby sprawdzić popyt, nazwali wydarzenie „minikonwencją”. Odzew był tak pozytywny, że od razu udali się na pełne trzydniowe wydarzenie w sierpniu tego roku.
Głównym gościem tego pierwszego dużego spotkania był Ray Bradbury, autor powieści 451 stopni Fahrenheita. Przybyło trzydzieści osób. A właściwie trzysta. Byli zachwyceni. Nie wiedzieli, że właśnie zasiali ziarno pod najsłynniejszy konwent popkultury na świecie.
Ewolucja konwencji „nerdów”
Jeśli wyobrazicie sobie współczesny Comic-Con jako czterodniowy wielki festiwal z prezentacjami studia, konkursami cosplay i kolejkami do Hali H, to zobaczycie zupełnie inne zjawisko w porównaniu ze skromnym zgromadzeniem w hotelu El Cortez. Pierwotnym wydarzeniem były zasadniczo targi wymiany. Owszem, odbywały się panele dyskusyjne i pokazy filmów sci-fi, ale główna funkcja miała charakter transakcyjny. Przyniosłeś gotówkę; wyszedłeś z problemami z komiksami.
Ta zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień. W połowie 2000 roku frekwencja wzrosła. Co roku do San Diego przybywało sto trzydzieści tysięcy ludzi. Jeśli dodać wersję nowojorską, całkowita liczba uczestników osiągnie 300 000. Komiksy nie były już domeną marginalizowanych. Hollywood uczyniło Batmana, Spider-Mana, X-Mena i Green Lanterna powszechnie znanymi nazwiskami. Czynnik chłodu gwałtownie wzrósł.
Ten wzrost wywołał falę naśladowców. Nowy Jork, Salt Lake City, Denver, Atlanta i Seattle zorganizowały własne kongresy. Ekosystem rozszerzył się o spółki typu spin-off, takie jak Anime Expo, obecnie największa konwencja anime w USA, oraz PAX, które stało się najważniejszymi targami gier na świecie.
Metamorfoza komercyjna
Atmosfera zmieniła się równie radykalnie, jak lista gości. Hernandez, wieloletni członek stowarzyszenia, ujął to bez ogródek: „Teraz wygląda jak park rozrywki”.
Aby dostać się do aktualnej witryny, być może będziesz musiał przejść przez interaktywny labirynt zombie. Jest głośno, gorąco i intensywnie. Punkt ciężkości przesunął się z udostępniania starych numerów na pokazy filmów, praktyczne warsztaty, gry i coroczny konkurs cosplayowy. Studia filmowe i sponsorzy korporacyjni przybywają do miasta, promując produkty, które często mają niewielki związek z tradycyjną kulturą „nerdów”.
Organizatorom nie jest to złe. Tylko w 2014 roku konwencja wygenerowała 17,3 miliona dolarów przychodów ze sprzedaży biletów i wynajmu powierzchni wystawienniczej. To ogromny dochód dla organizacji non-profit.
Ale wzrostowi temu towarzyszy tarcie. Krytycy twierdzą, że duszę konwencji zastąpiła komercja. W centrum uwagi znajdują się franczyzy o superbohaterach, hity fantasy i science-fiction, podczas gdy same komiksy zeszły na dalszy plan.
Napięcie jest prawdziwe. Mile High Comics, główny sprzedawca detaliczny, wycofał się z Comic-Con po 44 latach uczestnictwa. Powody były praktyczne: malejący ruch w przypadku tradycyjnej sprzedaży komiksów i niebotycznie wysokie koszty stoiska. Co gorsza, ich komiksy nie zostały na czas dostarczone na stoisko przez wykonawcę wydarzenia.
Dlaczego Comic-Con wciąż dominuje
Pomimo skarg nikt nie przewiduje spadku. Tak naprawdę bilety na Comic-Con były wyprzedane przez 11 lat z rzędu, od 2007 do 2018 roku. Oczekiwany wpływ gospodarczy na San Diego wyniesie około 140 milionów dolarów.
Powód jest prosty. Większość ludzi woli biegać w rajstopach i pelerynie, wchodząc w interakcję z zombie i sobowtórami księżniczki Lei, niż przeglądać komiksy w cichym kącie. Magii nie ma już na papierze. Ona jest zaangażowana w spektakl.
Jeśli chcesz głębiej przyjrzeć się temu, jak zjawisko kultury nerdów przejęło świat – łącznie z tym, co faktycznie dzieje się w hali H – musisz zajrzeć do historii. Gospodarze nowego podcastu Nerdicent, Dani Fernandez i Ify Nwadiwe, w swoim debiutanckim odcinku odkrywają te korzenie. To głębokie zanurzenie się w kulturze, która stworzyła wydarzenie o wartości 140 milionów dolarów.
Minikonwencja z 1970 r. nie mogła sobie wyobrazić takiej skali. Ale to samo zrobił facet sprzedający numery za 2 dolary zza składanego stołu.





















